Do wszystkich fanów…

gitara

Pamiętam, jak siedem lat temu byłam tam pierwszy raz świadomie, z własnego wyboru. Pamiętam twarze tych ludzi, którzy cieszyli się z każdego dźwięku, spojrzenia, uśmiechu. Dziś natomiast to wszystko wygląda zupełnie inaczej…

Od około siedmiu lat często zdarza mi się uczestniczyć w koncertach. A to od strony widza, a to od strony organizatora. I tak na przestrzeni tylko kilku lat widzę, jak bardzo się pogubił słuchacz, muzycy i organizatorzy.
Bo wiesz… za moich czasów… A nie! Przecież jestem za młoda, by tak mówić. Zatem siedem lat temu, gdy byłam na swoim pierwszym koncercie pamiętam, że młodzi się bawili, starsi słuchali, a zespół grał na żywo.

Ten moment, gdy zespół rozpoczynał koncert, był dla nas święty, dosłownie. Wszyscy muzycy wchodzili na scenę
i każdy zaczynał się „stroić” (a raczej swój sprzęt), po czym wszyscy zagrali wspólnie intro. To trochę jak w operze, gdy orkiestra nastraja się – jest to jeden z najlepszych momentów. Na koncertach muzyki rozrywkowej wygląda to podobnie. Są tylko inne sprzęty i okoliczności. Emocje te same. Dziś jednak początki koncertów wyglądają inaczej, bo robi je elektronika, nie zespół. I tak stoisz pod sceną, cała podekscytowana… coś zaczyna grać, ale muzyków nie widzisz. Nie masz z nimi reakcji.

Podobnie sprawa ma się zresztą koncertu, która owszem, jest „na żywo”, jednak coraz częściej zespoły dodają efekty specjalne. A to dodatkowa gitara, której na scenie nie widać, a to wzmacniacze dźwięku będące całkowicie zbędne,
a to odgłosy chórku, którego brak. A jeszcze siedem lat temu takich rzeczy nie stosowano. Najgorszy są jednak tak zwany „pół playback” – koncert na żywo, jednak w teorii. Gry prawdziwego zespołu nie uraczysz, a jedynie odruchy ludzi udających, że wydobywają dźwięki. Często to rozwiązanie jest stosowane w telewizji śniadaniowej. Występuje zespół „na żywo”, a tymczasem z bycia na żywo jest tylko on tam ciałem. Muzyka puszczona z płyty to niestety coraz częściej również praktyka stosowana na koncertach plenerowych czy klubowych.

Mimo to moje pierwsze miejsce to fani. Ta grupa zmieniła się najbardziej. I w tym momencie znów mam ochotę stwierdzić, że za moich czasów… Jednak to prawda, bo za moich czasów, czyli siedem lat temu, pod sceną skakaliśmy, śpiewaliśmy, z naszymi idolami rozmawialiśmy. Przerywnikiem było zrobienie sobie zdjęcia. A sami fani? Byliśmy jak rodzina. Umawialiśmy się na spotkania, koncerty, zaprzyjaźnialiśmy się. Te przyjaźnie istnieją do dziś i pewnie będą jeszcze długo. A co robi obecny „fan”? Najczęściej stoi z telefonem komórkowym, relacjonuje na żywo na Instagramie lub innym Facebooku, a do tego nie integruje się zresztą fanów. Wszyscy integrują się ze swoimi telefonami. I tutaj rodzi się pytanie, czy to technologia nas tak bardzo zniszczyła i obezwładniła? Czy to sami fani?

Miło jest nagrać krótki film z koncertu, świetnie jest móc zrobić sobie zdjęcie z idolem. Dobrze jest też mieć możliwość zadzwonienia po koncercie do rodziców, czy przyjadą po nas. Tylko że obecnie telefon nie jest już narzędziem. Jest on celem samym w sobie. Idziesz na koncert, bo chcesz zrobić zdjęcie, by potem pokazać na mediach społecznościowych, jak fajne życie prowadzisz. Tylko fanie, co robisz jeszcze dla siebie, skoro już nawet na koncerty nie chodzisz po to, by „być”?

Ten felieton powstał w celu zaliczenia przedmiotu na studiach.