Hej przygodo! – Norwegia.

O zobaczeniu Norwegii marzyłam od dobrych, kilku lat. Nie jestem typem podróżnika, a może nim nie byłam do tej pory…? Niemniej mając 22 lata, dopiero ruszyłam zobaczyć coś więcej niż tylko Bałtyk, Zakopane i pewną mieścinę pod Warszawą, do której wracam często, z powodów rodzinnych. Czy było warto?

20160917_174749

Norwegia to było marzenie nie do zdobycia, bo strach, lęk, brak pomysłu na wyjazd. Spore grono osób mierzy się z takimi lękami, ponieważ dopiero zaczynają. Wówczas nie widzi się możliwości, a jedynie przeciwności – ja miałam podobnie. Co mnie skłoniło do trzydniowej wyprawy pod namiot, ze śpiworem i jedzeniem z Polski (kiedy to nigdy nawet pod namiotem nie spałam)? Marzenie, możliwość, chłopak i nieodparta chęć jakiejś zmiany. Strach był i pewnie przy wielu wyprawach jeszcze będzie, ale jedno wiem – nie warto rezygnować.

Nasza podróż zaczęła się jakieś… kilka miesięcy wcześniej, kiedy to okazało się, iż jest możliwość uzyskania biletów do Norwegii, za jedyne niecałe 40 zł w jedną stronę. Bez wahania kupiliśmy i czekaliśmy na ten dzień. Z racji tego, iż dla nas obydwojga była to pierwsza tego typu wyprawa, jakiś czas przed nią, zaczęliśmy intensywne przygotowania. Jedzenie, potrzebne rzeczy, szukanie konkretnych informacji i porad. Przeczytaliśmy chyba każdą relację i opis, z którego można wyciągnąć jakieś rady. I powiem jedno – warto to zrobić! Czytanie relacji, przed swoją podróżą jest niesamowite. Dla osób, które tak jak ja się trochę boją jest to fajna opcja, bo mniej więcej wiesz, czego się spodziewać. Nie mówiąc już o wielu radach, dzięki którym wiemy gdzie się kierować i jakim autobusem dojechać do wybranego celu.

Startowaliśmy z Katowic, pociągiem nocnym do Szczecina, bo to właśnie stamtąd mieliśmy lot do Stavanger. W tym aspekcie najgorsza była noc w pociągu – spanie na siedząco, to nie jest spanie, ale da się! W Szczecinie kilka godzin przerwy, szybkie zwiedzanie i chillout. Nie warto tracić sił, kiedy wie się, że przed człowiekiem kilka dni konkretnej podróży. W samym Szczecinie zapewne jest wiele ciekawych miejsc, jednak my nie mieliśmy na nie czasu. Po kilku godzinach w mieście trafiliśmy na lotnisko. I tutaj zaczyna się przygoda, która dotyczy bagażu podręcznego. Wiele jest poradników jak się spakować, do tego rodzaju bagażu. Jednak my – bez doświadczenia, ze stresem, sporym namiotem i dwoma śpiworami, nie bardzo wiedzieliśmy czy to się uda. Ale patenty są: jedzenie po kieszeniach kurtek upychane, kompresja i nagle nasze duże plecaki, zmieściły się i zostały zakwalifikowane, jako mały bagaż podręczny. I to bez żadnego sprawdzania oraz problemów. Sam lot to nowe i stresujące doświadczenie, aczkolwiek bardzo piękne.

Gdy wylądowaliśmy w Sola (miejscowość nieopodal Stavanger, w której znajduje się lotnisko), wiedzieliśmy, że należy kierować się na plaże. Kilku blogerów poleca właśnie to miejsce do spania – ja również dołączam do ich grona. Lekko zmęczeni, po dobrych 20 minutach marszu od lotniska, znaleźliśmy się na plaży, gdzie akurat słońce powoli przygotowywało się do zachodu. Piękny widok, sporo ludzi i pytanie, gdzie się rozbić. Chwilę zajęło nam znalezienie odpowiedniego miejsca, jednak plusem tej plaży jest to, iż ma długi pas wydm, w których można znaleźć niejedno miejsce do rozłożenia namiotu. Sen w takim miejscu to fantastyczna sprawa, pomimo głosów o pierwszej w nocy, które spowodowały dość konkretne zestresowanie. Na szczęście dwóch Panów, w których widziałam już morderców, odeszło totalnie nie zwracając uwagi na nasz namiot.

20160919_095920

Pierwszy poranek był wspaniały. Słońce wschodziło tam jakoś w okolicach 8 rano, ale i zachodziło około 20, przez co mieliśmy sporo czasu na zrealizowanie naszych planów, na ten dzień. Po śniadaniu złożonym z dwudniowych kanapek, zapakowaniu wszystkiego ruszyliśmy na spotkanie z pewnym polakiem, z którym mój chłopak ukuł biznes. W ramach tego biznesu, zostaliśmy podwiezieni do centrum miasta. Stavanger to niesamowita miejscowość. Dość kolorowa, posiadająca klimatyczne uliczki starego miasta i nowoczesne budynki, które również mają urok. Wszechobecna woda, statki, łódki i inne pływające pojazdy również mnie urzekły.

Po dotarciu do centrum, urządziliśmy sobie wycieczkę po mieście. Jednak w pewnym momencie, po prostu zgłodnieliśmy. Ileż można jeść kanapki? No i oczywiście być w Norwegii i nie zjeść ryby? Tak oto znaleźliśmy miejsce, w którym zjedliśmy chyba najdroższy obiad w życiu. Za osobę wyszło po około 150 zł. Nie ma co liczyć na to, że będąc w tym kraju, będziemy żywić się w restauracjach i nasz budżet tylko troszkę nadwyrężymy. Niemniej obiad był pycha. Dorsz i jego dodatki porwały.

20160917_125832

Kolejny punkt to kierowanie się ku Preikestolen, które jest oddalone od miasta. Trzeba dostać się promem to Tau, a następnie busem pod schronisko. Koszt biletu całodniowego? 300 koron norweskich, czyli kolejne 150 zł. Niemniej taki bilet na jedną osobę obejmuje: przepływ promem i jazdę autobusem w obydwie strony. Warto w niego zainwestować, bo wychodzi taniej.

20160917_174743

Pod schronisko dotarliśmy około godziny 16. I przyznam szczerze, że byłam przerażona perspektywą pójścia w górę (około 2h) i z powrotem. W sumie 4 godziny, trzeba liczyć jakiś odpoczynek i małe opóźnienia, które przy mnie się zdarzają. Zawsze do czasu podawanego, w naszych rodzimych górach, doliczam około dodatkowej godziny. Znam granice swojego organizmu i wiem, że czas podawany… niekoniecznie pasuje do mojej prędkości chodzenia. Niemniej zaryzykowaliśmy i poszliśmy w górę. Szlak na Preikestolen to cudo natury. Tatry to to nie są, jednak widoki równie piękne. Obecność wody, przestrzenie zachwyciły mnie. Cały szlak też był dość prosty. Doszliśmy w nieco ponad 2 godziny. A zejście samo w sobie było też łatwe. Jedynie jest jedno bardzo strome podejście, dość trudne również przy zejściu. Ale co tu mówić, te widoki same za siebie mówią…

Po zejściu zaczął się wyścig z czasem. W schronisku napełniliśmy wodę i udaliśmy się poszukać miejsca, które mogłoby nadawać się na noc. Okazało się, że teren jest podmokły, co oznaczało noc na przesiąkniętych glebach. Była to ciężka noc, zimna i twarda, bo pod sobą mieliśmy kamienie. Niemniej poranek należy do najpiękniejszych w moim życiu. Towarzystwo fiordów, pięknej zieleni wynagrodził wszystko. Dość szybko się jednak po zbieraliśmy i poszliśmy w stronę schroniska, z nadzieją na prysznic… którego nie było! Jeśli liczycie na prysznic w schronisku, niestety się zawiedziecie. Samo schronisko wygląda jak hotel. Niczym nie przypomina tych naszych, wysłużonych schronisk. Nie pozostało nam nic innego, jak zebrać się i wracać do miasta.

20160918_094551

Ponowną wizytę w Stavanger potraktowaliśmy dość spontanicznie. Nie mieliśmy planu na to, co można jeszcze w tym niewielkim mieście robić. Pozostało uczestnictwo w jakimś festiwalu ekologicznym, dzięki któremu mieliśmy darmową komunikację miejską! Wspaniała wiadomość dla nas, gdyż dzięki temu wieczorem spokojnie dotarliśmy na lotnisko, przy okazji zwiedzając okolicę. Odwiedziliśmy też ponoć jedną z najlepszych knajp z piwem, by móc posmakować lokalnych smaków. Tak to się kończy, gdy ma się chłopaka piwowara:). Ale ten punkt programu był bardzo ciekawy. Polecam wam serdeczne spróbować lokalnych piw w miejscach, w których jesteście. Zupełnie inne smaki! Mi posmakowało jedno, które posiadało przyprawy typowe dla Świąt Bożego Narodzenia. Taki smak piernika, tylko w piwie.

I tutaj nasza wycieczka powoli dobiegała końca. Po dodarciu na lotnisko, wróciliśmy na plaże, gdyż lot mieliśmy następnego dnia dopiero o 14. Zahaczyliśmy o camping w Sole, gdzie wzięliśmy prysznic. Tutaj spotkaliśmy polkę na recepcji, która nie potrafiła rozmawiać po angielsku… był to szok. Dodatkowo zażądała od nas zapłaty za prysznic, dość horrendalne. Jednak mój chłopak zbił cenę o połowę. A Pani po zabraniu gotówki, schowała ją sobie do kieszeni. Zrobiło mi się przykro, że nasi rodacy tak cwaniakują. To nie był odosobniony przypadek, w przeciągu tych kilku dni, gdzie Polacy okazali się cwańszy niż są. Krótka dygresja, która uświadomiła mi, dlaczego tak często mamy złą opinię za granicą. A szkoda, bo Norwegowie to wspaniały naród!

Ta przygoda była jedną z najlepszych w życiu. Co prawda krótka, ale intensywna. Polecam każdemu! Warto przełamywać swoje granicę, bo potem jest łatwiej. Czuję, że to nie ostatnia moja przygoda, z takim podróżowaniem. Mam nadzieję, że zachęciłam również i Was;)

 

  • Preikestolen <3 Pamiętam, jak się bałam, gdy tam byłam na samej górze 🙂 A moja mama, wariatka, usiadła na krawędzi i nawet nogi spuściła. Myślałam, że z ojcem na zawał zejdziemy.
    Kocham Norwegię i nie wierzę, że jeszcze tam nie wróciłam, ale cóż… fundusze 🙁 Najbardziej mnie zaskoczyły chyba właśnie ceny. Ale cóż, jaka płaca, takie ceny 😉

    • Wypisana

      Mój partner również właśnie tak usiadł! To było straszne!:D Także rozumiem Wasz lęk;D
      Prawda z tą płacą i ceną;) Po samych autach widać, jaki to kraj. Poza Polkiem, który nas podwoził z lotniska i miał starsze auto… reszta to auta maksymalnie z kilkuletnim stażem. 🙂

  • ja jadę tam w czerwcu! to będzie mój trzeci raz w Norwegii, ale pierwszy na Preikestolen i w okolicach Stavanger. 🙂

  • Wow, odważne wyzwanie z tymi namiotami. Cieszę się, że się podobało. 🙂

  • Uwielbiam Norwegię, byliśmy tam trzy razy. To super, macie już pierwsze koty za płoty!

  • Widoki fantastyczne:) Ciekawa przygoda, a 150zł za obiad to kosmiczna cena. Fajnie tak pod namiotem:)