Kalendarz i skutki życia bez niego.

Nastał marzec, a ja mam poczucie, że pierwsze dwa miesiące roku uciekły mi przez palce. Refleksja ta dotarła do mnie w momencie – oczywiście jak to zazwyczaj bywa – krytycznym. Kiedy orientujesz się, że nie bierzesz regularnie witaminek, a aplikacja na smartfonie mówi Ci, że na siłowni byłaś ostatnio tydzień temu temu. A to tylko najlżejsze skutki… życia bez organizacji.

Żyjemy w tak szybkich czasach, że nie sami chwilami nie zauważamy, jak mijają nam dni. Rozmywają się w natłoku obowiązków oraz braku ich hierarchizacji. Skutki? Zaniedbanie podstaw. Od zwykłego nie picia wody przez 8 godzin pracy, poprzez brak ruchu, czy zapominanie o zażywaniu wyżej wspomnianych witamin. 

Kolorowe Bullet Journal i listy na wszystko

Pamiętam czasy, kiedy strasznie mocno buntowałam się przeciwko tworzeniu listów na wszystko. Używałam podstawowego kalendarza przez kilka tygodni, po czym odstawiałam go i żyłam sobie całkiem dobrze. Problem pojawia się w momencie, gdy do ogarnięcia masz pracę, dorosłe życie i chcesz dodatkowo coś jeszcze zrobić, wyznaczyć sobie jakiś cel. Na studiach kalendarz był przydatny czasem, w “dorosłym życiu” to już codzienność i konieczność. 

Gdy dwa lata temu byłam w Anglii, pamiętam jak dziś moment zakupu, w tamtejszym Lidlu, pięknego zeszytu w twardej oprawie, który ma czyste strony. Tak też zaczęła się moja przygoda z Bullet Journalem. Idea bardzo prosta, polegająca na zapełnianiu stron listami, stworzeniem swojego kalendarza. To Ty decydujesz o tym, ile miejsca przeznaczysz na dni tygodnia lub czy stworzysz listę filmów do obejrzenia.

W całej tej idei bolał mnie jedynie fakt, że powinnam tam kolorować i dodawać ozdobne ramki. Do dziś na mojej półce z książkami leżą dwie, stosunkowo grube książki o tym, jak Bullet prowadzić. To już mniej mnie przekonywało. Kalendarz/organizer ma być dla mnie czysty, szybki i uporządkowany. Nie mam czasu na rysowanie pięknych szlaczków. 

Skutki życia bez kalendarza

Przez ostatnie dwa lata wracałam i odstawiałam swój “dzienniczek prawdy”. Ostatnie zapiski mam w nim z grudnia. Oznacza to, że przez dobre ponad dwa miesiące żyłam bez jakiejkolwiek organizacji. Skutek tego jest jeden – chaos. Nagle lista spraw się wydłuża, bo coś przeoczyłam. Nagle muszę pracować nad nowymi nawykami i zapisywać rzeczy najbardziej oczywiste. Dla osoby, która była względnie zorganizowana, jest to porażka.

W tym wszystkim przyświeca mi jeszcze jedna myśl, którą kiedyś ktoś mądry powiedział… że jak masz zorganizowane życie – masz paradoksalnie więcej miejsca na spontaniczność. Sam termin spontaniczności, w logicznym rozumieniu, kłóci się z planowaniem. Realnie? Gdy na bieżąco realizujesz swoje cele, wypełniasz obowiązki, pozostawiasz lukę czasową, która jest przeznaczona dla spontaniczności. Dlatego też wracam do planowania.