Kryzys 25-lecia.

kryzys 25

Jesteśmy coraz starsi – odkrywcze, doprawdy. Cyferki w kalendarzu pędzą, składając się w tygodnie, miesiące i lata. I tak oto za niedługo moje cyferki poskładają się w 25 lat życia. Część osób jest już po tym tragicznym momencie, niektórzy w trakcie, inni mają to przed sobą. Dlaczego „tragiczny moment”? Bo uświadamia Ci, że czas zasuwa, dość szybko.

Ludzie różnie reagują na swoje 25 urodziny. Część się cieszy, część ma kryzys, inni przechodzą wobec tej liczby dość obojętnie. W sumie ani to żadna okrągła liczba, dramatu także nie ma, bo dalej jest się stosunkowo młodym. No ale coś jest w tej liczbie niepokojącego. Ponoć po upływie tylu lat życia organizm powoli przestaje produkować kolagen, a i mózg – no raczej powolutku będzie ze swoją sprawnością schodził w dół, nie górę. Biologii nie oszukasz, nie wygrasz z nią.

Z drugiej strony nie jest źle. Do dziś zdarza się, że jak kupuję alkohol to pytają o dowód. Coraz rzadziej, ale jednak. Niezręcznie się robi, gdy 19-latkowie mówią „Proszę Pani”… ale da się przyzwyczaić.

Najbardziej problematyczne w tym 25-leciu jest to, że jesteśmy obiektywnie młodzi, ale każdy z nas jest na tak innym etapie życia. Jedni w tym dorosłym życiu osiągnęli już naprawdę dużo, inni są na początkach, albo zatrzymali się w trybie bycia nastolatkiem. Mój problem z tą liczbą jest taki, że moi rówieśnicy albo są 25-latkami o myśleniu 40-latków, albo 25-latkami, którzy mają dalej 16 lat. Czy któraś z tych postaw jest zła? Nie. Każdy żyje jak chce, wiadomo. Niemniej wpływa to na proces dogadywania się i rozumienia, w sumie osób, które pozornie są takie same.

Duża też jest presja społeczeństwa na pewne kwestie. Zdobądź poważną pracę, pomyśl o stabilizacji. A co jeśli masz 25 lat i dalej niewyznaczoną ścieżkę swojego zawodowego życia? Jeśli nie znalazłeś tego czegoś? Męcz się, zrezygnuj z szukania. Żyć trzeba jakkolwiek, chociażby kosztem siebie. To nie jest sposób na życie, bo potem masz 40 lat i kolejny kryzys, że w sumie to nie o to Ci w życiu chodziło. I z jednej strony miotasz się, bo chcesz żyć po swojemu, dalej szukasz ścieżki, a inni naciskają, byś już ją znalazł, albo wybrał alternatywną – gorszą, nie twoją.

I nawet czasem jesteś w stanie zgodzić się z tymi starszymi, ponoć bardziej mądrymi, że już pora. Trzeba zacząć żyć dorośle i odhaczać te punkty na liście: poważna i stała praca, narzeczony, ślub, własne mieszkanie, dzieci. A potem przyglądasz się im i wiesz, że… nie. Że to nie Twoje, że często powielają pewne schematy, a teraz są nieszczęśliwi. Ty nie chcesz, nie robisz tego i dalej walczysz o swoje, szukasz. Bo chcesz mając 40 lat usiąść z kawą w ręku, być może we własnym domu na kredyt, z garścią ludzi, z którymi chcesz przebywać, a nie musisz, usiąść na tarasie i przeglądać albumy zdjęć, na których spełniałeś swoje marzenia: podróże (małe i duże), przeżycia i wspomnienia.

I kryzys mija. 🙂