O kobiecie, która straciła swoje dziecko…

zaginiecie

Pamiętam, jak dwa lata temu z pewną osobą rozmawiałam o tej sytuacji. Zaginięcie człowieka. Niestandardowe, bliskie, żywe. Wiecie, znajomi dalszych znajomych, ciężki czas, tragiczna sytuacja. Dla mnie jako obserwatora i jeszcze pewnie sporej części innych osób, sytuacja przykra. Jednak to nie my straciliśmy bliską osobę. To ona ją straciła…

To wydarzyło się niedawno. Zwykły dzień w pracy – jeden z wielu. Ja lekko chora i zmęczona nie miałam już tak miłego podejścia do klientów, jak z reguły staram się mieć. Pomóc jak najlepiej, doradzić… Właśnie stałam przy komputerze nieopodal kasy kiedy to podeszła Pani. Zwykła, zwyczajna, po 40 zapewne. Nieco smutna, a w ręku poradnik Pawlikowskiej o tym, jak zacząć od nowa.

Cóż, może mąż ją rzucił? Może ma gorszy czas? Nic mi do tego. Pytała o kilka książek z tej serii. Jak przystało na doradcę klienta pomogłam. Na szczęście nie doradziłam. Do książek Pawlikowskiej mam ambiwalentny stosunek. Ale jak komuś pomaga, dlaczego ma nie czytać. Przy tej klientce jakoś powstrzymałam się od oceny autorki.

Kasując produkty, które Pani wybrała, siłą rzeczy zapytałam o numer telefonu lub kartę, która w sklepie, w którym pracuje obowiązuje. Pani podała numer telefonu. Wcisnęłam „enter” i zobaczyłam imię i nazwisko kobiety, którą znałam z opowieści, która przed dwoma laty straciła dziecko. Kostki ułożyły się w całość. Po skończonej transakcji musiałam iść się uspokoić. Nie moja tragedia, nie moje życie ale poruszyło te część mnie, jako człowieka, która żywo odczuwa emocje innych.

Ta sytuacja była w sumie zwykła, jednak dla mnie było w niej coś niezwykłego. Uświadomiłam sobie kilka rzeczy, które banalnie wie każdy z nas: że trzeba doceniać każdą chwile, kochać bliskich bo można ich stracić, cieszyć się radosnymi chwilami itd. Te banały są bardzo ważne, ale jest jeszcze coś. Ważna jest siła, taka wiesz… psychiczna. Odwaga do tego, by próbować kolejny raz żyć. Jesteśmy raczej słabi, to pojedyncze jednostki potrafią być naprawdę silne. To z nich warto brać przykład.

Dla mnie spotkanie z tą kobietą było ważne. Uświadomiłam sobie, że nie warto robić dramatów tam, gdzie ich nie ma. Mam bliskie osoby wokół siebie, mam prace, ręce i nogi, zdrowie raczej też. Mam gdzie wrócić i co jeść. Mam worek fajnych wspomnień, reklamówkę złych, z których mogę czerpać ciekawe lekcję. Nie ma w tym dramatu, być może Ty również go nie masz w swoim życiu obecnie. Dlatego czerpmy z tego, a nie cierpmy. Bo za rogiem może stać prawdziwe cierpienie, które będzie trwało latami. Warto zatem korzystać z tego, co jest teraz. A jest dobrze, naprawdę.