Siedem pierwszych prac

Pamiętam moją radość, kiedy otrzymałam telefon, iż dostałam swoją pierwszą pracę. Pamiętam moment, gdy szłam zakładać konto w banku i poczułam się dorosła. To było tak dawno temu, chociaż od tego czasu upływa dopiero cztery lata. A moje życie zawodowe wyglądało… różnie w tym okresie.

Swoje “życie” zawodowe zaczęłam tak naprawdę późno. Był to początek drugiego roku studiów. Część znajomych już od liceum pracowała – ja z kolei nie odczuwałam potrzeby pracowania w tamtym okresie. I z perspektywy czasu nawet tego nie żałuję, ponieważ jak ktoś chce, może zbudować sobie dobre CV nawet na samych studiach.

Moją pierwszą pracą była praca w operze. Pamiętam jak dziś, gdy na uczelni czekaliśmy na ostatni wykład. Późna godzina, jednak mimo to koleżanki dostrzegły ogłoszenie, iż Opera w Bytomiu szuka studentów do obsługi widowni. Od razu pokazały mi ogłoszenie, jako tej, która w operze jest zakochana. Poszłam na rozmowę kwalifikacyjną taką prawdziwą, pierwszą. Zobaczyłam sporą konkurencję i już wiedziałam, że tej pracy nie dostanę. Pomyliłam się – dostałam ją od razu, bo znałam opery, wiedziałam o czym mówię. Praca w tej instytucji nie dawała sporych zarobków, jednak dawała możliwość obcowania z tym, co lubię. Dała też mi doświadczenie w pracy z ludźmi, pokazała, iż nie nad wszystkim da się panować.

Pisarzem być, albo nie być

Druga praca to pisanie tekstów. Praca w operze była świetna, ale w pewnym momencie potrzebowałam więcej pieniędzy. I tak po kilku miesiącach pracy w operze zdecydowałam się na napisanie swojego pierwszego tekstu na sprzedaż. Skupiłam się głównie na portalu gieldatekstow.pl, na który piszę do dziś. Sama wyceniałam swoją pracę, pisałam o czym chciałam. Problemem w tego typu portalach jest to, że nie wiesz kiedy ktoś Twój tekst kupi. I o ile w ogóle. Ale warto podziałać i tam, ponieważ możesz wybadać rynek pod kątem swoich cen. Ja już wiem, że brałam zbyt mało na początku. Nauczyła mnie ta praca wyceniać swoją pracę, chociaż do dziś miewam z tym problem.

Pracą numer trzy była praca w wytwórni płytowej. Przyznam szczerze – to było, jak los na loterii. Najpierw bezpłatny staż, potem pełen etat. A że muzyki pałałam miłością od czasów licealnych, jeżdżenia po różnych koncertach, to i moja twarz została gdzieś zapamiętana. I tak trafiłam w miejsce, o którym nawet nigdy nie śniłam. Na początku praca była świetna, jednak z czasem uświadomiłam sobie, że płacę za nią zbyt wysoką cenę, jaką był stres. Po roku pracy zrozumiałam, że ta gra może nie być warta. Owszem – realizowałam się, ale były okresy, gdzie nie byłam w stanie myśleć o niczym innym. To wtedy ukształtowało się moje podejście na temat zarabiania na pasji. Z decyzją o zwolnieniu się zwlekałam prawie trzy miesiące. Jednak gdy ją podjęłam, poczułam ulgę.

Moja praca numer cztery pojawiła się w okolicy moich wątpliwości, co do pracy w wytwórni. Wtedy też postanowiłam bardziej wrócić do pisania. Domowe zacisze, praca na własny rachunek zdawały się być tym, czego po rocznym wyścigu było mi trzeba. I tak trafiłam do agencji interaktywnej. Tej pracy nie wspominam w ogóle dobrze. Do agencji trafiłam rok temu, a szef do dziś nie wypłacił mi ostatniej pensji. Ta praca nauczyła mnie tego, że na wszystko trzeba mieć papier. Każde zadanie, każda stawka – wszystko na umowę. Ja tego nie zrobiłam, bo byłam naiwna. Teraz już nie jestem i na obecne współpracę mam osobne umowy. Praca w tej agencji jednak dała mi doświadczenie copywriterskie, które przydaje się teraz. Pokazała mi tę branżę od środka. A to cenna lekcja, która doprowadziła mnie do pracy numer pięć.

Obecne prace

Praca numer pięć to również praca dla agencji, jednak tym razem agencji z prawdziwego zdarzenia, jak to mawia moja mama. Umowa od początku, przeprowadzenie zadania rekrutacyjnego, które miało wykazać, czy się nadaję czy też nie. Nadałam się i współpracuję z tą agencją już dobre pół roku. W tej branży jest tak, że agencję zmienia się niestety dość często. Rynek jest bardzo dynamiczny, a do jest w nim sporo nieuczciwych osób, jak właściciel agencji z pracy numer cztery. Jednak, gdy pamięta się o umowach, poczyta opinie internautów, można trafić do fajnej agencji i pobyć w niej dłużej.

Praca numer sześć to praca wirtualnej asystentki. Ten temat zgłębiam dopiero od kilku miesięcy, jednak jestem bardzo zadowolona. Jest to praca dynamiczna i równie niepewna, ale bardzo kreatywna i… satysfakcjonująca. Zadania wyglądają różnie. Mogę je wykonywać w obrębie własnego domu, a rozlicza mnie z nich jedna, maksymalnie dwie osoby. To jest tryb, który uwielbiam i, w którym czuję się najlepiej. Posiadanie 10 szefów jest… nieciekawe.

Moja ostatnia praca, która trwa obecnie i kończy się w tym miesiącu to… praca w Empiku. Decydując się na nią miałam wrażenie, że się cofam. W tej tabeli i rankingu powinna zająć pierwsze lub drugie miejsce. Nie siódme. Jednak, gdy się na nią zdecydowałam, kierowałam się różnymi motywami. Przede wszystkim tym, że nigdy nie pracowałam w handlu – takie doświadczenie może być przydatne. I jest, jednak też wiem, że to nie moja działka. Lubię te prace, ale są momenty, gdy trzy osoby są Twoimi szefami. Kogo masz wówczas słuchać? Są momenty, gdy klienci obrzucają Cię błotem bo… wykonujesz swoje obowiązki. Mam wybór, dlatego wybieram, że takie miejsce nie jest dla mnie.

Kiedyś miałam straszny problem z tym, że nie potrafię się jednoznacznie określić: jestem copywriterem, jestem menadżerem, jestem sprzedawcą… Ja jestem pracownikiem w pracach, w których chcę pracować. Dlatego bez stresu a z radością patrzę w przyszłość swojego dalszego życia zawodowego.

A jak wyglądało Twoje pierwsze siedem prac? 🙂