Czy warto iść w góry samemu?

Góry samemu – rzecz, która zawsze za mną chodziła, a jednocześnie w głowie miałam te wszystkie historie, kiedy ktoś zasłabł lub inne przypadki go złapały. Bynajmniej nie te ciekawe. Jednak nadszedł spontaniczny czas wyjazdu z rodzicami do Zakopanego – wtedy pomyślałam – idę. I jak było?

Tatry to temat dla mnie trudny – nigdy raczej nie ruszę na te wszystkie znane, piękne i długie szlaki. Po wizycie w Tatrach w 2015 roku wiem, że łańcuch to mój nie przyjaciel – a wróg. Wiem też, że chodzę po górach najwolniej na świecie – chociaż osobiście swoje tempo kocham, a w swoim życiu poznałam jedną osobę, która chodzi wolniej. I to z nią chodzi mi się najlepiej!

To powoduje, że moja ścieżka wyborów jest nieco węższa, ale nie zamierzam z niej rezygnować. Na pierwszy wypad samotnie wybrałam szlak, który był mi znany – tak mi się wydawało. Na Nosal weszłam w 2015 roku jako pierwszy szczyt w Tatrach. Nosal to umówmy się – nawet nie rozgrzewka. Jednak ja zapomniałam o ilości skałek, stromym podejściu. Pamiętała,, że weszłam, z towarzystwem. A skoro weszłam to wejdę drugi raz – czyż nie?

Ciężkie podejście

Na Nosal droga pokazywała 30 minut od Kuźnic. Ja weszłam w ponad godzinę. Dlaczego? Na pewno brak kondycji. To mój numer jeden, ale wiem, że w górach można to pokonać – swoim tempem, mniejsze trasy i przejdę. Jednak to nie brak kondycji mnie zabijały, a moje świrki w głowie – wchodzenie po skałkach stromych, które normalny człowiek o LACZKACH (to nie jest bezpieczne, ale widziałam Panią) przejdzie, ja robiłam na czworaka. W butach górskich, pełnym wyposażeniu typu apteczka, woda i inne gorzkie czekolady.

A gorzka czekolada to Twój przyjaciel – po pół godzinie włażenia, lekkiej schizy, zadyszki pamiętałam, że muszę coś zjeść, coś co doda mi cukru. 4 kostki gorzkiej czekolady i głębokie wdechy to było wybawienie. Zapominałam niestety o filozofii, którą sprzedał mi przed laty mój niedoszły teść, a jest IDALNA – nie czysta woda do picia, a woda z czymś. Wzięłam czystą wodę i się… gotowałam. Wystarczyłaby woda z cytryna i miętą – z innych wyjść w góry pamiętam, że to robiło różnicę. Tutaj zapomniałam.

DUMA

W końcu po ponad godzinie weszłam, wdrapałam się i wczołgałam na szczyt. Pokonując lęki, fobie i te myśli, że jestem słaba. Czasem myślę, że za często… sobie dziś na te słabość pozwalamy. Ale to moja, prywatna odpowiedź. Weszłam sama, bez pomocy chłopaka, bez pomocy znajomych. Nikt mi nie powiedział, że mam tam kurwa wejść – aczasem tego mi trzeba. Sama weszłam. Dlatego też moja refleksja jest taka, że czasem… same wejdziemy tam, gdzie nas rzuci.

To była tylko jedna góra – ale wiem, że moja pierwsza.
Nie za wszelką cenę pokonujmy lęki i fobie, ale za cenę komfortu i „jestem chora” tak.

Dziś każdy, kurwa jest chory.

Na nadwrażliwość, „moje ja” i cenę u psychoterapeuty.

Tylko, czy naprawdę jesteś chora, czy modna?

Patrycja